Rozmowa z Przemysławem Borkowskim przy okazji premiery jego najnowszego thrillera Rytuał łowcy. O złej stronie ludzkiej natury, o tym czy lepiej w powieści być stróżem prawa, czy czarnym charakterem i o kilku innych tematach.

Czego może się spodziewać czytelnik, sięgając po Pana najnowszy thriller Rytuał łowcy?

Może się spodziewać mrocznej i mocnej historii, która, mam nadzieję, skłoni go do postawienia sobie kilku pytań, co też takiego w nim siedzi, i skonfrontuje go z paroma ciemnymi aspektami jego własnej duszy. Spora część tej książki to narracja z perspektywy mordercy opisująca jego staczanie się coraz głębiej w otchłań. To dość przerażająca podróż, ale mam wrażenie, że też nieodparcie fascynująca.

Jak opisałby Pan swojego bohatera i skąd pomysł na stworzenie takiej postaci? Jakie emocje w Panu wzbudził i czy wyposażył Pan go w jakieś swoje cechy?

Zobacz także: Żarski: “Blizna” to opowieść o obsesyjnym dążeniu do prawdy

Lubię myśleć o tej postaci jako o eksperymencie niemalże naukowym, tyle że przeprowadzonym metodami pisarskimi. Tak naprawdę próbowałem odpowiedzieć w jego trakcie na pytanie, jak to by było, gdybym to ja sam przeszedł na „ciemną stronę mocy”, co mogłoby mnie do tego skłonić i jak by to się skończyło. Oczywiste jest więc, że postać ta ma wiele moich cech i że jej tworzeniu towarzyszyły dość silne emocje. Mam nadzieję, że dzięki temu i czytelnicy ich nieco odczują.

Teorie są różne. Jedni mówią, że zło jest w każdym z nas od urodzenia, inni stoją na straży przekonania, że może wykiełkować pod wpływem otaczających nas ludzi czy towarzyszącym nam zdarzeń. Która teoria jest Panu bliższa?

Uważam, że zło, rozumiane jako skłonność do agresji i krzywdzenia innych, leży w samej ludzkiej naturze, jest jednak dość skutecznie tłumiona przez religię, kulturę, normy społeczne i prawo. Mimo to pod wpływem różnych okoliczności – czasem indywidualnych, czasem historycznych – jest w stanie przełamać te bariery i nakazy. Oczywiście niektórzy ludzie przekraczają tę linię łatwiej niż inni i to właśnie oni stają się bohaterami kryminałów. Ale zalążki, impulsy mogące doprowadzić do zbrodni, tkwią w każdym z nas.

Zaczęliśmy od rozmowy o antagoniście, ale to prokurator Gabriela Seredyńska jest łącznikiem pomiędzy Rytuałem łowcy, a kolejnymi tomami, na które już niecierpliwie czekamy. Trudno mężczyźnie wykreować wiarygodną postać kobiecą?

Na pewno trudniej niż męską. Pewna ilość specyficznie kobiecych doświadczeń jest dla mnie po prostu niedostępna, więc znam je tylko z opisu i opowieści, ale jest to niewątpliwie ekscytujące doznanie. Tworzenie postaci w powieści to zawsze wchodzenie w skórę innego człowieka, jeśli jest on jeszcze dodatkowo odmiennej płci niż autor, jest to tym bardziej ciekawsze. Długo się zresztą broniłem przed pomysłem, żeby główną bohaterką uczynić kobietę, ale ponieważ w poprzednich moich książkach pojawiały już się  silne i wyraziste kobiece postaci i one dość dobrze mi wychodziły, w końcu się na to zdecydowałem. I nie żałuję.

Uważam, że zło, rozumiane jako skłonność do agresji i krzywdzenia innych, leży w samej ludzkiej naturze, jest jednak dość skutecznie tłumiona przez religię, kulturę, normy społeczne i prawo.

Gdyby miał Pan okazję osadzić siebie w jakiejś powieściowej roli, widziałby się Pan raczej jako stróża prawa czy też czarny charakter?

Oczywiście, że stróża prawa. Każdy z nas chyba chciałby być takim szlachetnym szeryfem wymierzającym sprawiedliwość, a potem odjeżdżającym po skończonej misji w stronę zachodzącego słońca. Ale postaci czarnych charakterów tworzy się pod pewnymi względami o wiele ciekawiej. Można wtedy sięgnąć do tych pokładów swojej osobowości, które na co dzień skryte są głęboko pod powierzchnią.

Zobacz także: Olga Tokarczuk z kolejną prestiżową nagrodą literacką

Pierwsze recenzje Rytuału łowcy są bardzo entuzjastyczne. Czytelnicy piszą w nich o silnych emocjach towarzyszących lekturze. A jakie emocje towarzyszą pisarzowi podczas tworzenia tak mrocznej fabuły?

Jak już mówiłem dość silne, nie zawsze przyjemne, ale zawsze bardzo intrygujące. Pisanie w ogóle tylko wtedy ma chyba sens, gdy budzi emocje – zarówno w autorze, jak i później w czytelniku.

Jakie są Pana literackie inspiracje? I czy wybierając lekturę dla siebie, podczytuje Pan raczej twórców kryminalnych, czy raczej sięga po literaturę innych gatunków?

To różnie bywa i nie ma tu jakiejś stałej reguły. Czasami czytam kryminały, żeby nastroić się na ten rodzaj widzenia i opisywania świata, a czasami sięgam po inne gatunki, żeby poszerzyć sobie perspektywę. Czasem też po prostu czytam literaturę fachową z dziedziny kryminalistyki i psychologii. Muszę też niestety wyznać, że często nie mam kiedy czytać, bo większość wolnego czasu poświęcam na pisanie.

Co w pisarskiej pracy sprawia Panu najwięcej frajdy, a który etap jest tym znienawidzonym?

Znienawidzonym to może za duże słowo, ale niezbyt lubię to wszystko, co dzieje się po ukończeniu książki, czyli redakcję i korektę. W pisaniu najfajniejsze jest samo pisanie i dopóki ono trwa, dopóki historia się toczy, jest naprawdę super. Później, gdy ostatnia kropka na końcu ostatniego zdania jest już postawiona, w zasadzie tracę zainteresowanie swoją książką, bo wszystko jest już wiadome i opowiedziane. Tymczasem właśnie wtedy trzeba jeszcze przysiąść i włożyć w nią sporo dość mozolnej pracy.

Czego boi się pisarz, który tworzy tak mroczne fabuły?

Chyba tego samego, co wszyscy. Różnica jest tylko taka, że pisarz radzi sobie z tymi lękami, opisując je w swoich książkach.

Na koniec pytanie o przyszłość. Czy możemy się spodziewać powrotu prokurator Gabrieli Seredyńskiej?

Na pewno możemy się spodziewać jeszcze co najmniej dwóch książek w tej serii. Drugą już nawet zacząłem pisać. Roboczy tytuł: Zupa z krwi.

Źródło: Wydawnictwo Czwarta Strona, Fot. autora Mikołaj Starzyński

15 Shares:
Może zainteresować Cię także
Syn złodziejki Grażyna Bąkiewicz
Więcej

Recenzja: Syn złodziejki

Siłą książki Bąkiewicz jest powściągliwość – nie ma tu krwawych scen zbrodni, ulicznych jatek, choć polała się krew, a ludzkie cierpienie sięgnęło dna. Nie ma też happy endu. Powieść kończy się tak, jak się zaczęła, w przypadkowym miejscu, w samym środku czyjegoś losu, na pograniczu nadziei i zwątpienia.