W czerwcu do księgarń trafiła nowa książka Jacka Łukawskiego z prokuratorem Painerem w roli głównej. Tym razem bohater będzie mierzył się z zagadkową śmiercią pewnej influencerki. Przeczytajcie rozmowę z autorem Podszeptu.

W Pana najnowszym kryminale Podszept ofiarami mordercy padają influencerzy. Czyżby ta grupa zalazła Panu za skórę?

Nie, nie zalazła, natomiast stała się intrygującym elementem naszego życia. Intrygującym, bo opierającym się na zderzeniu odwiecznych potrzeb społecznych z możliwościami, jakie dały nam rozwój i dostępność technologii. Tym samym uznałem, że wątek influencerów może być świetnym punktem wyjścia dla fabuły, której osią jest cyfryzacja przemocy.

Jak Pan ocenia zjawisko influencingu? Czy Pana zdaniem jest ono świetnym nośnikiem wiedzy i opinii? A może przeciwnie, influencer marketing przynosi więcej szkody niż pożytku?

Przede wszystkim myślę, że influencing ma duże szanse, by stać się w przyszłości symbolem naszych czasów, bo jest wysoce symptomatyczny dla etapu, w jakim znaleźliśmy się technologicznie i społecznie.

To, czy jest świetnym nośnikiem informacji zależy już od tego, kto i jak ową informację przenosi. Internet i media społecznościowe są tylko narzędziami, a więc możemy z nich korzystać mądrze lub inaczej. Zupełnie jak z młotkiem, którym możemy wbić gwoździa, uderzyć się w palec lub skrzywdzić innych.

Z jednej strony duża grupa influencerów odpowiada za rozpowszechnianie fake newsów, wypisywanie skrajnych głupot, histrioniczne upośledzanie komunikacji społecznej, jednym słowem za patologię. Z drugiej strony inni tworzą zróżnicowany i bardzo wartościowy kontent. Myślę więc, że kwestia, czy influencerzy przynoszą nam więcej szkody, czy pożytku, zależy tylko od nas samych, od tego, czego od nich oczekujemy i na co im pozwalamy. My, bo przecież ostatecznie jesteśmy odpowiedzialni za ich popularność i zasięg. Bez nas nie ma odsłon, nie ma subskrypcji, a więc nie ma influencerów.

Czy ma Pan swoich ulubionych influencerów, których opiniami kieruje się Pan w swoich wyborach?

Mam kilka osób, które staram się śledzić na bieżąco. Do najważniejszych zaliczę Tomasza Rożka prowadzącego kanał „Nauka to lubię”, Dawida Myśliwca, a więc „Uwaga! Naukowy Bełkot”, ale też Patryka Mikiciuka, Kubę Klawitera czy Karola Modzelewskiego. Co prawda żaden z nich nie próbował jeszcze wprowadzić na rynek własnej marki lodów, wcisnąć mi zegarka z aliexpress ani prężyć się na basenie, ale ponoć nikt nie jest doskonały… Oczywiście żartuję, ale to również pokazuje, jak bardzo influencing jest różnorodny, a więc atrakcyjny. Fakt, że każdy może znaleźć osobę, temat i formę przekazu, która będzie mu odpowiadać, stanowi o sile tego zjawiska.

Internet i media społecznościowe są tylko narzędziami, a więc możemy z nich korzystać mądrze lub inaczej. Zupełnie jak z młotkiem, którym możemy wbić gwoździa, uderzyć się w palec lub skrzywdzić innych.

W Podszepcie pisze Pan nie tylko o influencingu, ale i o tej ciemnej stronie internetu. Czy to rodzaj przestrogi skierowanej do czytelników? Sugestia, by zastanowili się, jakie ślady zostawiają po sobie w sieci?

Naturalnie! Dziś na każdym kroku towarzyszą nam obiektywy kamer, więc każdy, kto decyduje się popełnić przestępstwo na ulicy, robi to ze świadomością, że może zostać nagrany nie tylko przez monitoring, ale przede wszystkim przez przypadkowych świadków, którzy w kilka sekund wyciągną telefony i zaczną nagrywać, a może nawet od razu transmitować wydarzenie na żywo.

Również w sieci, każdy nasz ruch jest analizowany i zapisywany na wypadek, gdyby w przyszłości mógł stać się dowodem. Organy ścigania dysponują więc bronią i technologią, która pozwala im pracować skuteczniej niż kiedykolwiek wcześniej. Dla części przestępców jest to duże utrudnienie, ale dla innych to szansa, bo technologia jest narzędziem w dostępie, do którego nikt nie jest uprzywilejowany na tyle, by uzyskać niepodważalną przewagę.

Tak więc na marginesie kryminalnej historii staram się zachęcić czytelnika, by zastanowił się, na ile w dzisiejszych czasach możemy pozostać anonimowi, zatrzeć z sobą ślad i działać w cieniu.

W jaki sposób podchodzi Pan do swojej obecności w social mediach i ogólnie w internecie? Czy ostrożnie dawkuje Pan informacje na swój temat i chroni prywatność, czy też chętnie zdradza Pan informacje na tematy związane ze swoim życiem, poglądami itp.

Przede wszystkim social media bardzo mnie męczą, bo z samego założenia eskalują powierzchowną atencję. Ponadto odbieram je jako motor napędowy polaryzacji społeczeństwa, coraz intensywniej przyczyniający się do dehumanizacji naszego życia. Algorytmy, zamykające nas w bańkach informacyjnych i prowadzące do radykalizacji postaw, odbierają nam najważniejszą umiejętność komunikacji międzyludzkiej, a więc umiejętność dążenia do kompromisu. Niepostrzeżenie dla nas samych tracimy więc to, co nie tylko definiuje nasze człowieczeństwo, ale przede wszystkim decyduje o przetrwaniu. To strasznie mnie frustruje.

Równocześnie jednak nie mogę odmówić social mediom tego, że stały się podstawową platformą komunikacji międzyludzkiej. Dziś nie ma szybszego i łatwiejszego narzędzia pozwalającego na kontakt i interakcję, a więc również komunikację autora z czytelnikami. Dlatego staram się znaleźć kompromis: być w jakimś stopniu aktywny w mediach społecznościowych, ale nie przekraczać określonej granicy prywatności, a przede wszystkim się nie denerwować.

Jak wyglądał proces zbierania materiałów do Podszeptu? Czy wśród konsultantów byli także influencerzy?

Nie było to konieczne, bo w pogoni za atencją, część influencerów obnaża tak wiele, że nie ma już o co pytać. Piszę to oczywiście z przymrużeniem oka. Influencing jest tak powszechny, że każdy z aspektów tego zjawiska został opisany wielokrotnie. Bez problemu mogłem więc uzyskać niezbędne informacje, nie absorbując nikogo ze znajomych, którzy zajmują się tym na co dzień. Natomiast konsultowałem się z osobami mającymi wiedzę dotyczącą dark webu, policją i prokuraturą.

Który z etapów pracy nad Podszeptem był dla Pana najtrudniejszy?

Każda moja książka powstaje w trzech etapach, kolejno: przygotowanie materiałów, pisanie, redakcja. Kluczowej części, czyli pisania, nie dzielę na mniejsze składowe, co wynika ze specyfiki mojej pracy, a więc konstruowania fabuły na bieżąco. Owszem, mam jakiś szkielet historii, ale jest on szczątkowy. Układ zdarzeń buduję w trakcie, w oparciu o charaktery i rozwój postaci, ich interakcje, a przede wszystkim związki przyczynowo-skutkowe. Zmusza mnie to więc do pozostawania w stanie podwyższonego napięcia przez cały okres pisania książki, co trwa minimum rok. Tym samym ten zbiorczy czas uważam za najtrudniejszy.

W finale Podszeptu mamy brawurową scenę pościgu na motocyklu. Jest to scena ogromnie plastyczna i działająca na wyobraźnię. Wiemy, że stworzył ją ktoś, komu ten środek transportu nie jest obcy. Jak zaczęła się Pana pasja motocyklowa?

W latach dziewięćdziesiątych, gdy miałem kilkanaście lat, w moje ręce wpadł numer „Świata Motocykli”, pisma redagowanego przez prawdziwych pasjonatów, którzy potrafili nie tylko definiować miłość do motocykli, ale również tą miłością zarażać. Na tyle skutecznie, że dziś, kilkadziesiąt lat później, nie wyobrażam sobie życia bez motocykla.

Czy swojego głównego bohatera, prokuratora Arkadiusza Painera, wyposażył Pan w swoje cechy? Czy łączy Was tylko miłość do motocykli?

Poza hobby Painer otrzymał ode mnie racjonalne spojrzenie na świat, co było konieczne z dwóch powodów. Po pierwsze jego praca wymaga odpowiedniej metodyki, a więc tego, by kierował się logiką, odpowiednio grupował i klasyfikował fakty, uwzględniając ich teoretyczne konsekwencje,  weryfikował i uzasadniał. Po drugie łatwiej jest mi odtwarzać jego tok myślenia, gdy w jakiejś części jest spójny z moim. Myślę, że wpływa to korzystnie na wiarygodność postaci.

Co dalej z Arkadiuszem Painerem? Czy czeka go kolejne śledztwo?

Z pewnością, choć nie w najbliższym czasie. Aktualnie pracuję nad dwiema pozycjami w nieco innej konwencji i to im poświęcam całą uwagę. Mam już jednak w głowie kilka zagadek kryminalnych, godnych prokuratora Painera, więc mam nadzieję, że za jakiś czas powrócę do tej postaci.

Zobacz także: Nowa sprawa Painera – fragment

Jacek Łukawski – urodził się w Kielcach, z zawodu jest grafikiem komputerowym. Gdy nie miał jeszcze obowiązków, a miał czas, machał mieczem i strzelał z dział czarnoprochowych. Hartował ciało i ducha w organizacji strzeleckiej, brał udział w zawodach sprawnościowych i ćwiczył karate. Próbował też jeździć konno. Zwiedzał Polskę autostopem i na motocyklu.

Miłośnik książek historycznych, fantastycznych i kryminałów. Jest laureatem wojewódzkiego konkursu Talenty 2000. W 2016 roku debiutował cyklem fantasy Kraina Martwej Ziemi. W 2020 wydał pierwszy kryminał, Odmęt. Krótsze formy publikował na łamach Nowej Fantastyki, w antologii Gawędy motocyklowe i w prasie motocyklowej (m.in. w kwartalniku Swoimi Drogami). Wraz z żoną mieszka w pobliżu chęcińskiego zamku.

Źródło: wydawnictwo Czwarta Strona, fot. Daniel Gołębiowski

9 Shares:
Może zainteresować Cię także