“Pamiętajcie wy o mnie co sił! Co sił! / Choć przemknąłem przed wami jak cień! / Palcie w łaźni aż kamień się zmieni w pył / Przecież wrócę, gdy zacznie się dzień!”  – pamiętacie Państwo czyje to słowa i o kim napisane, czy, że tak podpowiem, zaśpiewane?

Wiem, w czasach jednorazowych gwiazdek jednego przeboju i sztucznie prostowanych linii wokalnych, trudno sobie przypomnieć tak króciutki fragment tekstu. Podpowiem, że nie chodzi o żadnego z naszych “wielkich nieobecnych”- Klenczona, Niemena czy Riedla.  

No dobrze – chodzi o Włodzimierza Wysockiego. Kogo? Czy to nazwisko komuś jeszcze coś mówi? Przykryty Osiecką, Przyborą, Młynarskim, Nohavicą, ten prawdziwy bóg piosenki stał się jeszcze bardziej tajemniczy niż kiedyś. W co nietrudno uwierzyć, zwłaszcza, że 25 stycznia tego roku minęła osiemdziesiąta rocznica jego urodzin, a 25 lipca stuknie trzydziesta dziewiąta rocznica jego śmierci.

Urodził się i zmarł w Moskwie. Sławę zyskał rolami zagranymi w Teatrze na Tagance, kreacjami filmowymi (m.in. w serialu kryminalnym “Gdzie jest czarny kot”), jednak w pamięć wrył się nam jako bard, pieśniarz, głos. Jego kariera, jak to często bywa, wyniknęła z porzucenia studiów dających “fach w ręku” – choć rodzina skłoniła go, by wstąpił na wydział mechaniczny moskiewskiego instytutu inżynieryjnego im. Kujbyszewa, coś ściągnęło go w stronę sztuki, mimo iż Kujbyszew kusił stypendium w niebagatelnej kwocie 24 rubli.

Włodzimierz Wysocki
Włodzimierz Wysocki. Występ z okazji 15-lecia istnienia Teatru na Tagance, 23 kwietnia 1979

Śpiewał zachrypniętym barytonem, z lekko niestrojącą gitarą, niekiedy z towarzyszeniem orkiestry, obrzydliwie rozmydlającej jego szorstką charyzmę. Zaczynał od pieśni “błatnych”, poświęconych ludziom z marginesu, herosów flaszki i noża, w czym walnie pomogły mu lata spędzone w “ostrej” dzielnicy, na Bolszom Karotnom. Jego głos był głosem już nie tyle pewnego pokolenia, co kilku pokoleń, i reprezentacją nie jednej, lecz wielu grup zawodowych – śpiewał nie tylko dla rezydentów tiurm i gułagów, ale i dla inżynierów, aktorów, sportowców, śpiewał o nich, za nich i z nimi, śpiewał piosenki opisujące świat na wielu poziomach – od satyrycznie wyczulonej liryki, po wściekłe protest-songi, takie jak cykl “Obław” czy “Nienawidzę” – zresztą, w świecie “schizofrenii bezobjawowej” i “psychuszek”, najbardziej zakamuflowana forma wypowiedzi niewpasowującej się w obowiązujący entuzjazm była protestem.

WYRAŻAŁ ROSJĘ Z CAŁYM JEJ PATOSEM, BÓLEM I ŚMIESZNOSTKAMI

Piosenki, role filmowe i teatralne – zwłaszcza ta najbardziej magnetyczna – Hamleta – wyjazdy na Zachód, alkoholowe i narkotyczne ciągi, budowały jego pozycję buntownika, a mołojecką sławę powiększały dziesiątki przypisywanych kochanek – zwłaszcza zaś związek z francuską aktorką Marina Vlady.

Wysocki wyrażał Rosję z całym jej patosem, bólem i śmiesznostkami. Niemal przez cały czas czuło się też w tle atmosferę postalinowskiej smuty: kiedy Stany Zjednoczone przeżywały po II Wojnie Światowej okres prosperity, a byli żołnierze mogli korzystać, jak Joseph Heller, ze specjalnych programów pozwalającym na ukończenie wyższych studiów, w przypadku Rosji na tych, którzy mieli nieszczęście zobaczyć dobrobyt krain za Bugiem, czekały więzienia i gułagi. Pisał więc Wysocki o losach pokolenia wcześniejszego, o ich utraconym honorze, a słuchający go weterani wojny ojczyźnianej, czuli, że on jest “z nich”, ba, podobno ktoś z nim nawet służył, bo w żadnym wypadku nie mógłby to być ten szczeniak z ekranu – skąd mógłby tyle wiedzieć o byciu pędzonym na niemieckie okopy przez NKWD?

Znaczek pocztowy Rosji, Władimir Wysocki, 1999, 2 rub. (Michel 761, Scott 6547)
Znaczek pocztowy Rosji, Władimir Wysocki, 1999, 2 rub. (Michel 761, Scott 6547)

Napisał setki piosenek, które, dla chcących poczuć “los sowieckiego człowieka”, były odpowiedzią na pytanie, dlaczego “Katyń” nie brzmi w rosyjskich uszach jak cmentarny dzwon – ot, przeciętnej wielkości miasto gubernialne miało takich Katyniów kilkanaście – leżeli w nich popi, białogwardziści, nepowcy, bucharinowcy, trockiści.  Pokazywał Wysocki świat ludzi poniżonych i uniżonych, nie tyle współczując, co współodczuwając – pisząc piosenki, jak to sam ujął – “dla żywych i nieżywych przyjaciół”. Zresztą spektrum jego fanów i przyjaciół było zaskakująco rozległe – ponoć byli wśród nich także pracownicy służb – ba, jedna z plotek głosiła, że parasol nad Wysockim rozpostarł sam Jurij Andropow – szef KGB, późniejszy generalny sekretarz Partii.

CZY ROSJA SIEDZI W NAS GŁĘBIEJ NIŻ SĄDZIMY?

W Polsce z dużymi sukcesami popularyzował Wysockiego sam Wojciech Młynarski, jednak najbardziej intensywnego przeniesienie charyzmy dokonał Jacek Kaczmarski – autor cytowanego na początku “Epitafium”. Wysocki w ujęciu Jacka Kaczmarskiego był bezpośrednim odbiciem koncertu, który odbył się w warszawskim domu Jerzego Hoffmana, koncertu, który młody Kaczmarski chłonął patrząc w twarz swojego idola. Był dzięki temu Kaczmarski emisariuszem ważniejszej sprawy – pozwalał poprzez swą fascynację dostrzec całą tę Rosję, której rozumem nie obejmiesz, której bez wódki nie razbieriosz, wiszącą nam nad głową Rosję imperialnych chamów, ale i Rosję dobrych, ciepłych ludzi, którzy są nam tak naprawdę bliscy. Zresztą, czy ta Rosja siedzi w nas głębiej niż sądzimy? I nie mówię już o znanym powiedzeniu Witkacego, że choć Polacy nienawidzą Rosji, to “po pijaku” śpiewają piosenki rosyjskie, ale i o popularności muzyki disco-polo, która z rosyjskich piosenek bierze nie tylko harmonię, ale i słowiańską tęskność?

Grób Włodzimierza Wysockiego w 1983 roku. Fot. Wikimedia Commons

Być może prawdziwa jest więc teza, że po prostu gdzieś się zagubiliśmy na tym Zachodzie, nie mając, jak Rosjanie, narodowego instrumentu, i że zatarła się u nas pozycja poety – tragicznego: jak Jesienin, Majakowski czy Cwietajewa, heroicznego jak Achmatowa i Brodski, czy skazańca – jak Mandelsztam?

Gorzką pointą niech będzie zestrzelenie dwóch anegdot: o Jacku Kaczmarskiego, który gdy wracając do kraju chciał się jakoś odwdzięczyć celnikowi usłyszał sarkastyczne “Pan? Pan jesteś symbol” i o Wysockim – którego podczas pobytu w hotelu został obrabowany dosłownie z wszystkiego –  nie tylko walizy z rzeczami, ale i z bezcennych dla “człowieka sowieckiego” dokumentów – ale rychło zwrócono mu je, z przepraszającym listem “Wybacz Wołodia, nie wiedzieliśmy, że to Ty. Zabraliśmy tylko parę dżinsów na pamiątkę”.

Źródło zdjęć: Wikimedia Commons

0 Shares: