Czytelnikt

Kolejny. Kolejny rok. Kolejny rok powalający. Kolejny rok powalający wynikami. Kolejny rok powalający wynikami polskiego czytelnictwa. Proszę się nie dziwić, że z piekielnym mozołem wtaczam na scenę kolubrynę tego zdania – przez klawiaturę nie chce przejść jej gorzki pocisk: oto Polacy znów zaskoczyli samych siebie, oto zaledwie 55 procent osób mających 15-24 lat przeczytało jedną lub więcej książek, oto wśród osób w przedziale 60+ ten odsetek wyniósł tylko 33 procent, oto zaledwie 37 procent naszych jego obywateli sięgnęło w tym roku po książkę. Groza, czyż nie?

Narzekanie na poziom czytelnictwa. Narodowy sport Polaków

No, niby groza. Mówiąc jednak szczerze, ponieważ nie ja robiłem tę sondę, tylko podsłuchałem czyjąś pełną emfazy rozmowę, nijak się nie czuję jej wynikami dotknięty, bo cóż może mnie łączyć z rzeszą nieczytatych, skoro, jak to ujął Kafka “nie mam prawie nic wspólnego nawet sam ze sobą”? Ba, od kiedy pamiętam, narzekanie na poziom czytelnictwa stanowi w Polsce narodowy sport, w dodatku, w kontekście osób czytających to zdanie, powyższe biadolenie przypomina narzekania nauczyciela na nieobecnych, skierowane w stronę uczniów, co akurat na lekcję przyszli i właśnie siedzą w ławkach. Bo, powiedzmy sobie szczerze, to wy, drodzy Państwo – osobnicy związani z książkami nałogowo, służbowo, profesjonalnie – odrabiacie za niezliczoną rzesze profanów tę najsłodszą z pańszczyzn. Słabo się znam na statystyce, ale pewnie wśród tych, co sięgnęli po książkę, jest legion Polaków, co jedną ledwie “zaliczyli”, zaś wśród nas, książkoholików, jedno tomiszcze dziennie to betka, zatem to dzięki nam wynik jest tak powalająco dobry.

Pamiętacie Państwo tę sondę uliczną, w której nienachalnie błyskotliwy obywatel wydukiwał z siebie spłoszone odpowiedzi?  

“- Proszę mi powiedzieć, czy pan lubi czytać książki?

– Czy ja wiem? Nie za bardzo, ale jakby się dało to… To zależy, to w zależności od tego jest jak…

– A jeżeli już pan czyta to najczęściej jakie to są książki?

 – Jakiś z tych lepszych lektur, lepszych aktorów…..pisarzy znaczy się”.

Pytanie jest wcale nie od rzeczy, bowiem choć wywiad przeprowadzono w czasach, kiedy Internet ledwie raczkował, biedny przechodzień, proroczym, zda się, przejęzyczeniem opisał jeden z czynników zabijających czytelnictwo – odwołując się do aktorów,  przewidział inwazję seriali, które odbierają  czas na wertowanie książek, bo przecie gdyby seriali nie było, ludzkość niechybnie zagłębiłaby się w Iliadzie, Odysei i “Jak to ze lnem było”.

Seriale kontra książki

Nie wiem czy to prawda. Nałogowo chodzę do kina, korzystam z kilku “portali filmowych”, a książki czytam uparcie, dzieląc niepopularny pogląd, iż nie ważne jest, czy się czyta, czy nie, tylko czy podczas czytania, oglądania, grania, dochodzi w naszym mózgu do rozbłysku neuronów. Seriale skręcone tak mistrzowsko jak “Rodzina Soprano”, “Breaking Bad”, “Game of Thrones” czy “House of Cards”, zanim stał się politpoprawną agitką, miały w sobie prawdziwie epicki rozmach, zaś wysiłek włożony w napisanie ich scenariuszy dalece przewyższał to, co stanowi gros literackiej konfekcji: wtórne kryminały, coachingowe bajeczki udające prozę motywującą, łże-poradniki, romansidła udające literaturę piękną czy pulpowate wytwory non-fiction.

Furda tam filmy! Dla prawdziwych kiboli papierowego czytelnictwa kamieniem obrazy są zapewne także audiobooki – przecież nie przewraca się tu stronniczek, tylko słucha czyjegoś głosu. Ale moment – czy nie jest to aby powrót do źródeł literatury, a przynajmniej nawet do czasów, gdy pan domu czytając po wieczerzy kolejny odcinek “Pana Wołodyjowskiego” krzepił stroskane serca domowników? Jasne, można narzekać na  fakt, że odbiera się nam najprzyjemniejszą część lektury: zmysłowe wąchanie kartek, ich dotyk, odkładania tomu na nadkastlik, i że w ogromnym stopniu skazani jesteśmy na osobowość lektora – ale czy taka lektura, to nie lektura? Że niby jak czytamy uchem to od razu myślimy brzuchem? Że niby kierowca, który w drodze z Przemyśla do Świnoujścia puszczający sobie audiobook “Buddenbrooków” czyta w mniejszym stopniu niż poważny czytelnik zakładający zarękawki do lektury jakiegoś ”narcydzieła”?

NIKT NIE CZYTA!

Po prawdzie irytuje mnie to wieczne pojękiwanie – nikt nie czyta! No dobrze, ale czego nie czyta? Czego nie lubi? Dlaczego nie lubi? Może więc nie o to chodzi, że ludzie nie czytają czegokolwiek, tylko nie czytają tego, co chce się im, lepiej lub gorzej, sprzedać? 

Bo może bardziej istotne niż seriale, audiobooki i ludzkie lenistwo jest samo osadzenie książki w ciągu skojarzeń: “Książka to szkoła. Szkoła to nuda. Książka to nuda. Komiks nie książka. Kryminał nie książka. Kto nie czyta ten głupi. Kto głupi, ten be! Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka!”. A cóż to, przepraszam za określenie, “pedagogika wstydu” i “szczucie cycem?”, hę?. Czytanie książek to zbyt piękna sprawa, żeby straszyć odstawieniem od łoża.  Bo co będzie dalej – “Nie czytasz “Uczty Platona” – zero kolacji?”.

Adam małysz na promotora czytelnictwa!

A może by tak dla odmiany spróbować motywowania pozytywnego? Może by tak dać książkę do ręki celebrytom, ale nie tym literackim, bo ci przekonują już przekonanych, tylko tym, których ludzie po prostu lubią, i to bez względu na poglądy polityczne? Gdyby tak Małysz, Stoch, Kubica, Lewandowski, nasi złoci siatkarze, lekkoatleci, ba, nawet strongmani, bokserzy i zawodnicy MMA, pokazali, że czytanie nie uwłacza niczyjej godności, że dobre jest, piękne jest, słuszne i zbawienne? Że książka to nieodzowny gadżet, jak szczotka do zębów, okulary, smartfon, gadżet, który przez pozytywne skojarzenie ma szansę stać się naturalnym elementem życia? Dlaczego nie pokazać, że całkiem sexy jest człowiek, na którego twarzy rysuje się czytelnicze zamyślenie a nie wyszczerzony uśmiech kretyna?

Tak, wiem, książka wymaga nieco więcej uwagi, koncentracji, odseparowania, samotności, z którą, jak widzimy, współczesny człowiek nie bardzo sobie radzi. 

Co nie zmienia faktu, że na nieczytaniu więcej traci ten, co nie czyta, niż ten, co nad jego nieczytaniem biadoli.

0 Shares: