Piszę te słowa na przełomie marca i kwietnia Roku Pańskiego 2020, zatem Wy, Drodzy Czytelnicy, wiedzieć będziecie więcej niż ja, co się za tydzień, miesiąc, kwartał, zdarzy. Gdyby więc wszystko czas zatarł i niepamięć, niechże choć tyle po mnie, kronikarzu nieśmiałym, skrybie, co po książkach skrobie, pozostanie.

Zaczęło się zatem od tego, że remont postanowiliśmy zrobić. Co znaczy – Żona postanowiła, a że to ona jest domu naszego Sun Tzy i  Clausewitzem – toteż wszelkie postanowienia strategiczne spod jej pióra wypływają. Remont, który miał mieć zrazu wymiar lokalny – delikatne szpachlowanie ubytków, malowanie sufitu, ewentualne cyklinowanie podłóg – zmienił się rychło w klasyczny armageddon, związany z burzeniem mej krypty, defenestracją księgozbioru, rwaniem elektryki i hydrauliki, forsownym przestawianiem ścian,  toteż ze względu na skromne możliwości lokalowe dość długo jedliśmy gorzki chleb wygnania, najpierw przemieszkując u Przyjaciela, później zaś u dzielnej Teściowej. Dlaczego dzielnej? Bo mojej.

Wbrew Państwa obawom, felieton ten nie zmieni się w epopeję „Zięć kontra Teściowa”. Ot, miesiąc pomieszkalim, zapasy wyjedlim, nalewki wypilim, kot nasz pozbawił był Teściową połowy domowej flory,  po czym dnia 31 grudnia zdołaliśmy przenieść się na własne, nomen omen, śmieci – ba, nawet późnowieczorne mycia okien (tak, znaliśmy stary przesąd głoszący „co robisz w Sylwestra będziesz robić cały rok) zgrało się perfekcyjnie z happeningiem patriotycznej młodzieży, która za oknem naszym rozpalała race i poważniejszą artylerię, umilając sobie zabawy wykrzykiwaniem obelg skierowanych pod adresem największej z polskich rzek.

TACY ŁADNI BYLIŚMY I MILI, TACY ZBUDOWANI PRZYSZŁOŚCIĄ

Początek roku zdawał się być zatem współgrać z banalną konstatacją „Święta, święta i po świętach”, ba, udało się nawet odbębnić czas feryjny, w Krynicy sypnęło śniegiem aż po relingi auta, a że nowe regały na książki były dopiero w planach, nasze far niente było zaiste dolce. Spokoju tego nie mąciła nawet perspektywa wniesienia z garażu dwudziestu pudeł z IKEI – udało mi się bowiem ze starego futerału gitarowego i dwóch pasków sporządzić coś w rodzaju egzoszkieletu, na którym wniesienie dwudziestu kilogramów książek za jednym razem wydawało się betką.

Zajęło nas zwyczajne „żyćko”, zakupy, pluskanie się w basenie nudy, snucie jakichś planów na majowe wycieczki, planowanie lata. Ech, tacy ładni byliśmy i mili, tacy zbudowani przyszłością, co słała nam się pod nogi, tacy byliśmy w siebie zapatrzeni, tacy w biegu, tacy nie mający czasu na nic,  na namysł, na odpoczynek, na lekturę, a potem jakiś złośliwy Bóg jak na tacy podał nam karteczkę z napisem „no, to macie teraz mnóstwo czasu, ba, macie dla siebie cały czas”,  jakby to z jego palcowskazania zdarzyło się coś, co nie zdarzyło się od stu lat, a my ani trochę nie mądrzejsi, wydawaliśmy miliardy dolarów na brojenie, zbrojenia i duperelne gadżety zamiast na badania naukowe.

I nagle się okazało, że skoro od czasu epidemii grypy zwanej Hiszpanką, czyli lat 1918-1920, inny mamy obieg informacji, inne splątanie gospodarki, inne więzi między krajami, wszystkie wskaźniki zapłonęły na czerwono. I nagle się okazało, że cała ta „martwa” literatura powszechna, com ją wniósł pewnego dnia po schodach – Boccaccio, Defoe, Camus, Marquez – ożyła jak zombi, którymi nas straszono w telewizyjnych serialach. I oto ów tłum zombi bez mózgu, zombie wyżerających mózgi, zombie zarażających wyżeraniem mózgów ruszył w tan – i wszystkie sceny: ludzie, którzy uciekają od zarazy by snuć sprośne opowieści Dekameronu, Robinsonowie  z „Dziennika roku zarazy” – Defoe, ekspresjonistyczni biedacy z „Grypa szaleje w Naprawie” – Kurka, większe i mniejsze dzieła mówiące o chorobach, które wycięły w pień całe cywilizacje, stały się jakoś przerażająco bliskie. I nagle, jakimś mrocznym cudem do ludzi dotarła informacja, że Hiszpanka wybiła więcej ludzi niż wojna, którą w swej pysze nazywali Wielką,  że cięła równo i bezlitośnie, że była trochę jak ebola, tylko nie na ekranach telewizorów

SKĄD PRZYJDZIE ZAGŁADA NASZEGO ŚWIATA, A PRZYNAJMNIEJ STYLU ŻYCIA

Bo nawet trudno pomyśleć, co się za chwilę stanie, co stać się może, skoro jednym podmuchem wiatr zachwiał gospodarką, zdmuchnął podstawy bytu ludziom zajmujących się nauką, kulturą, sztuką, – w jednej chwili uświadamiając, jak bardzo są nieważcy, pokazując jak łatwo wpuścić za mury naszej pewności siebie zwierzęce zwątpienie, jak znikąd przyjść może zagłada naszego świata, a przynajmniej stylu życia, opartego na wolności: bywania, wychodzenia, czy choćby bycia blisko – uzmysławiając naszym zmysłom, że, kto wie, może przez dekady, czeka nas cywilizacja intensywnej, paranoicznej samoobserwacji, i nawet trudno będzie przejawy tej nerwicy natręctw stygmatyzować, skoro uporczywe mycie rąk pozwala przetrwać grozę kwarantanny.

A na paranoicznym podłożu indywidualnego lęku wyrastać będą paranoje pomnożone: cui prodest, kto to zrobił,  jakimi metodami, w jakim celu? Byłbyż to wyłącznie niedogotowany nietoperz z Wuhan, czy niedogotowany kurczak w cafeterii jakiegoś tajnego laboratorium w Północnej Karolinie? Amerykanie nasilający wojnę z Chinami? Rosjanie – bo tak? Chińczycy – bo znudziło im się udawanie, że są drudzy na świecie? Na pociechę rzec można, że nigdy się tego nie dowiemy. Jeśli historię piszą zwycięzcy, nigdy nie powiedzą prawdy, bo skoro oni zwyciężą to i ich prawda będzie ze wszystkich prawd najichsza.

MNIEJ CZYTAĆ

Jak Państwo zauważyli czasami piszę felietony, czy raczej czasami pisuję felietony, bo felieton powinno się pisać raz w tygodniu, żeby temat się pojawiał a mózg trzymał fason. Czasami zatem pisuję felietony, a ten będzie ostatni, w dodatku z bardzo smutnym przesłaniem, brzmiącym – mniej czytać.

Wiem, nareszcie jest czas nadrobić zaległości, jednak to my, czytający mamy dziś znacznie gorzej – mniej czytać to mniej wiedzieć, mniej pamiętać, mieć mniejszą skalę porównawczą, nie mieć się do czego odnieść i na czym oprzeć skojarzeń, analogii, wniosków. Bo jeśli potraktować to wszystko poważnie, a nie jako kilkumiesięczną, informacyjną potyczkę hybrydową, próbną walkę o dominację mocarstw, dojść można tylko do jednego wniosku: oto czas wykopać schron, kupić broń, związać wiązkę granatów, popłynąć wpław na jakąś wyspę bezludną. I za Chiny nie brać tam książek.

A potem – oczywiście – to wszystko opisać.

11 Shares: