Portrety bohaterów Jeżycjady, których Małgorzata Musierowicz nigdy wcześniej nie narysowała i nie namalowała (z matką Ignacego Borejko, protoplastką „genu rudości” na czele), opowieść o tym, jak pięcioletnia Małgosia nauczyła czteroletniego Stasia alfabetu przy pomocy dwóch dżdżownic i patyczka, zdjęcia detali jeżyckich kamienic, rodzinne legendy i historie o prawdziwych wydarzeniach, które trafiły do poznańskiej sagi – najnowsza książka Małgorzaty Musierowicz napisana wspólnie z córką Emilią Kiereś pełna jest skarbów bezcennych dla miłośników Jeżycjady.

Jeżycjadowe kompendium wiedzy

Na Jowisza!” ma na pierwszy rzut oka formę słownika wyjaśniającego od A (jak „album fotograficzny”) do Ż (jak „żółty zeszyt”) przeróżne powiązania między prawdziwym życiem a literackim światem poznańskiej sagi.

Ale już sama konstrukcja haseł odbiega od encyklopedycznych standardów i podporządkowana jest charakterystycznemu dla całej Jeżycjady życzliwemu poczuciu humoru.

Mamy więc wśród haseł osobowych klasykę – „Stefanię Majewską”, ciut mniej klasycznego „Rudzika” i już zupełnie odbiegających od reguł konstruowania słownikowych haseł – „Tatę Kłamczuchy”, „Steve’a – masywnego blondyna” czy „Dziewczynkę ze szklanymi guziczkami”. Nie ma znaczenia, czy są to postaci literackie czy autentyczne, czy należą do rodziny Borejków, Musierowiczów czy wielkiej rodziny czytelniczej – wszyscy są równie prawdziwi i czują się w tej niezwykłej publikacji jak piniondz w umywalce – wpadają i pasują, choćby nie umieli pływać.

Podobnie jest z hasłami z innych dziedzin, które zresztą również wymykają się klasyfikacji, jak cała książka: „Błyskawica” niewiele ma wspólnego z fizyką czy meteorologią, „Zakładanie książek” to rozbudowana scenka rodzajowa, a „Pochwalone niech będą ptaki” to dużo więcej niż cytat. I nagle okazuje się, że słownikowa forma to jedynie dobry pretekst do snucia opowieści o tych niezwykłych tajemnych przejściach pomiędzy światem realnym a rzeczywistością literacką, o zwyczajnych niezwykłych zdarzeniach, ulubionych książkach, ludziach i miejscach.

Panuje tu atmosfera jak przy rodzinnym stole, przy którym usiadł też ktoś, kto zajrzał przez okno i natychmiast zapragnął „wpaść na obiadek”, bo odkrył ciepło, za którym bardzo tęsknił. Wielbiciel Jeżycjady poczuje się jak u siebie od pierwszej strony.

Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę
Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę
Poznański spacerownik

O wpływie Jeżycjady na rozpoznawalność miejsc w Poznaniu i zwiedzaniu miasta z wybranymi tomami cyklu w dłoni napisano już setki, jeśli nie tysiące stron. „Na Jowisza!” bije wszystkie tomy sagi na głowę liczbą i drobiazgowością opisywanych miejsc. Ba! Są w tym tomie również liczne zdjęcia autorstwa Emilii Kiereś, z których można konstruować całe gry miejskie lub spacery z zagadkami, na przykład „znajdź jeżyckie balkony zaprezentowane w książce” albo „która to wieżyczka?”

Po raz pierwszy miłośnicy poznają tak szczegółowo kolejne etapy życia rodziny Barańczaków (bo o tym, że autorka „Kalamburki” jest siostrą poety Stanisława chyba nie trzeba nikomu przypominać?) z adresami i opisami miejsc. Czytelnicy wędrują więc wraz z autorkami przez Poznań od ulicy Grottgera, przez Kościuszki 110, zaglądają do podstawówki przy Stalingradzkiej 66 (tak, to również podróż w czasie rzecz jasna), a co jakiś czas wyskakują też poza miasto z całą rodziną Musierowiczów, na przykład do Siemczyna.

Czyli w sumie nie tylko spacerownik i nie tylko poznański.

Album czy artbook?

Pierwsze hasło książki – „Album” i zdjęcie rodzinnych albumów Musierowiczów daje wyobrażenie o podejściu do gromadzenia rodzinnych pamiątek. Zdjęcia są równie cenne jak zapiski obok nich, nierzadko dokonywane przez kilka osób. Albumy wertuje się bez końca i, w chwili natchnienia, dodaje się kolejne dopiski i komentarze. Strony czasami wypadają, to się je podklei i dalej zagląda w każdej wolnej chwili, zwłaszcza gdy trzeba poprawić sobie humor.

W książce „Na Jowisza!” zdjęć i różnorodnej grafiki jest mnóstwo. Są niepublikowane dotąd zdjęcia z rodzinnych albumów, są rysunki i malunki Małgorzaty Musierowicz, domowe zapiski, dokumenty, zdjęcia Poznania i innych opisywanych miejsc. Jest sporo światła i wolne pola na zapiski czytelników. Jest nawet cała strona (a nawet dwie!) specjalnie na to przeznaczona!

Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę
Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę
Wielki spełniony romans

Jest więc najnowsza książka Małgorzaty Musierowicz po trosze kompendium wiedzy o Jeżycjadzie, autobiografią, spacerownikiem i albumem oraz artbookiem. Ale przede wszystkim to związany z poznańską sagą epicki romans. Pierwsza i najważniejsza, wyrażana bez patosu, a często z humorem i uśmiechem – to miłość do rodziny i swojego miejsca. Do własnej dzielnicy i miasta. Kolejna miłość – do życia.

Po prostu. Sentencja carpe diem i satysfakcja z dobrze wykorzystanego czasu, który został dany, wyziera praktycznie z każdej strony.

Trzecia, olbrzymia i spełniona – to miłość do książek i czytania, okupiona bólem, gdy za czytanie nieobowiązkowej lektury na lekcji karano trzcinką po łapach. Miłość od pierwszego wejrzenia i spojrzenia – na szyld z tajemniczymi znaczkami. Odkrycie, że krył się za nimi napis APTEKA, było początkiem jednej z największych przygód i miłości życia.

Wiodła ona przez rodzinny księgozbiór, kolejne biblioteki, z Biblioteką Raczyńskich na czele i olbrzymi Antykwariat na Starym Rynku, po którym (antykwariacie, nie Rynku) nie ma już dzisiaj śladu. To były kolejne etapy prowadzące do tworzenia własnych książek, ale przede wszystkim możliwość podróżowania i budowania bezpiecznych i pięknych enklaw w świecie, który często nie bywał ani piękny, ani bezpieczny.

„Na Jowisza!” to, jak każdy tom Jeżycjady, opowieść z happy endem, ale też z otwartym zakończeniem. W żółtym zeszycie pozostały wciąż strony do zapisania. I każdy z czytelników otrzyma wraz z książką dwie z nich, które sam może zapełnić.

Magdalena Walusiak

9 Shares: