“Rosja we krwi. Terroryzm dwóch dekad” to wciągający reportaż politologa Pawła Semmlera. Autor wnikliwe przygląda się zagadnieniu, które w świecie zachodnich programów informacyjnych, jest właściwie nieobecne. Dlaczego wiadomości o zamachach terrorystycznych, które miały miejsce na terenie Federacji Rosyjskiej, i które pochłonęły około trzech tysięcy ofiar nie przedostają się poza granice kraju?

Rosja we krwi. Terroryzm dwóch dekad” to nowa książka Pawła Semmlera, która ukazała się w serii “Linie Frontu” wydawnictwa Czarne. Seria “Line Frontu” to unikatowe publikacje dotyczące działań wojennych, w których autorzy nie unikają trudnych tematów i ważnych zagadnień geopolitycznych i społecznych. Bezpośrednie relacje z samych centrów walk, reportaże i książki historyczne serii “Linia Frontu” to często świadectwa ludzi, których rzeczywistość konfliktów militarnych to dominująca narracja.

Argun, Małgobek, Mineralne Wody, Derbent, Kaspijsk. Mało kto słyszał o tych miastach. Jeszcze mniej osób wie, że doszło w nich do krwawych zamachów. Gdy na Zachodzie mamy do czynienia z aktami terroru, w kilka minut informacja obiega media na całym świecie, a bilans ofiar natychmiast podawany jest do wiadomości. Tymczasem na terenie Federacji Rosyjskiej w latach 1994–2014 w zamachach zginęło prawie trzy tysiące osób, kolejne tysiące zostały ranne, lecz informacje o tych wydarzeniach rzadko przedostawały się poza granice kraju.

Politolog Paweł Semmler rekonstruuje przebieg najbardziej zuchwałych zamachów terrorystycznych w Rosji i próbuje odpowiedzieć na pytanie, co się kryje za tą agresją. Eskalacja zastałych konfliktów czy radykalizacja młodych buntowników? Kremlowskie prowokacje czy separatystyczne manifesty?

“Rosja we krwi” to również historia narastającej bezwzględności rosyjskich sił specjalnych, które w kryzysowych sytuacjach nie oszczędzają ani zamachowców, ani cywili. Bo jak ktoś kiedyś powiedział – w Rosji najgorzej jest być zakładnikiem.

Paweł Semmler (ur. 1971) – politolog, absolwent Wydziału Nauk Społecznych UAM, adiunkt w Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych w Poznaniu, autor artykułów naukowych poświęconych wschodniej polityce międzynarodowej. W roku 2018 wydał książkę Krym. Znikający półwysep poświęconą aneksji i okupacji Krymu przez Rosjan. Stale współpracuje z ukraińskimi organizacjami pozarządowymi działającymi na rzecz przywrócenia Krymu Ukrainie (m.in. Majdanem Zakordonnych Spraw w Kijowie).

FRAGMENT KSIĄŻKI “ROSJA WE KRWI“:

Argun, Małgobek, Mineralne Wody, Derbent, Kaspijsk. Mało kto słyszał o tych miastach. Jeszcze mniej osób wie, że dochodziło w nich do krwawych zamachów, w których ginęły dziesiątki ludzi.

            Gdy bomba wybucha w pociągu w Madrycie, natychmiast dowiaduje się o tym cały świat. Media są na miejscu chwilę po tragedii, kiedy w Berlinie szaleniec wjeżdża kilkunastotonową rozpędzoną ciężarówką w tłum niewinnych ludzi. Podobnie jest wtedy, gdy religijny fundamentalista dźga nożem przechodniów w Londynie i gdy grupa ekstremistów urządza rzeź w jednym z popularnych klubów muzycznych w Paryżu.

            O tych wydarzeniach mówią wszyscy. Śledzą je na ekranach telewizorów czy na monitorach komputerów, szukają w internecie informacji o przebiegu zamachu, o jego skutkach i o wszczętym śledztwie. Europejskie gazety pełne są chwytliwych nagłówków, epatują brutalnym przekazem, drukują zdjęcia z miejsc tragedii.

            Kiedy do podobnego aktu dochodzi w Moskwie, uwaga wszystkich również zwraca się w tym kierunku. To metropolia, w której żyje prawie dwadzieścia milionów ludzi. Lecz gdy podłożony ładunek eksploduje podczas wojskowej defilady w jednym z nadkaspijskich ośrodków lub zamachowiec samobójca wysadza się w powietrze w miejskim trolejbusie w Wołgogradzie, zabijając jednocześnie kilkadziesiąt osób, do mało kogo dociera ta informacja. A wśród tych, do których dotrze, rzadko wzbudza większe emocje.

            Dlaczego tak jest? To, najkrócej rzecz ujmując, efekt tego, że Rosję wciąż nie do końca rozumiemy i nie za bardzo staramy się ten stan zmienić. To także pokłosie swoistej wrażliwości mediów, które z dużym zaangażowaniem i dokładnością relacjonują każdy przejaw działalności terrorystycznej na obszarze tak zwanego świata zachodniego, mało uwagi poświęcając temu, co ma miejsce na Wschodzie. Czy chodzi o to, że Rosja kojarzy nam się z władzą o autorytarnych zapędach (a zamachy terrorystyczne uważane są za przypadłość systemów demokratycznych), z niebagatelnym potencjałem militarnym testowanym obecnie na wschodzie Ukrainy i Krymie oraz z niczym nieograniczoną i niepodważalną dominacją charyzmatycznego prezydenta Władimira Putina?

            Na terenie Federacji Rosyjskiej w latach 1994–2014 w zamachach terrorystycznych – lub aktach noszących ich znamiona – zginęło prawie trzy tysiące osób. Nieoficjalnie podaje się liczbę około dwóch tysięcy ośmiuset – pewna nieścisłość wynika z faktu, że wielu ofiar nie udało się zidentyfikować, nie odnajdywano ciał ludzi przynajmniej teoretycznie obecnych na miejscu zdarzenia, często też manipulowano danymi w celach politycznych. Ofiar wciąż przybywa. Gdy liczby te zestawimy z zachodnioeuropejską statystyką, widać ogromną różnicę, która staje się tym dobitniejsza, im szybciej zaczynamy rozumieć skalę tych wszystkich tragedii.

            Najbardziej krwawy dla Europy ostatnich dekad był rok 1988. Oficjalnie podaje się, że w  wyniku zamachów zginęło wówczas czterysta czterdzieści osób. Dla porównania w roku 2004 w jedenastu zamachach, które przeprowadzono tylko na terenie Federacji Rosyjskiej, bandyci zabili w sumie ponad sześciuset niewinnych ludzi (w samym Biesłanie prawie czterysta, w tym większość stanowiły dzieci). To niewiele więcej niż w roku 2002 (prawie pięćset ofiar w dziesięciu zamachach) czy w 1999 (dziewięć zamachów – prawie czterystu zabitych). W  2010 roku liczba ofiar sięgała stu sześćdziesięciu. Terroryści najczęściej atakowali Moskwę (w  latach 1994–2014 aż dwadzieścia zamachów), a najwięcej ludzi pozbawili życia w kilkudziesięciu miastach i osiedlach na terenie Czeczenii (czterdzieści siedem zamachów) i Dagestanu (dwadzieścia sześć zamachów). Tak dużych liczb na Zachodzie nie odnotowano.

            Według europejskich danych liczba zamachów przeprowadzanych w ostatnich latach na terenie Unii Europejskiej konsekwentnie spada. Co naturalne, zmniejsza się także liczba ofiar śmiertelnych – od stu pięćdziesięciu w roku 2015, poprzez sto trzydzieści pięć i sześćdziesiąt dwie odpowiednio w latach 2016 i 2017, do zaledwie trzynastu w roku 2018. Podobnie w Rosji – od początku 2014 roku odnotowuje się tam radykalny spadek aktów terrorystycznych, którego przyczyny są przedmiotem rozważań analityków, komentatorów, dziennikarzy, a także zwykłych obserwatorów wydarzeń.

            Osobą najczęściej wymienianą, gdy mowa o zamachach w Rosji, jest Szamil Basajew, którego za życia określano mianem „terrorysty numer jeden”. Do dzisiaj nie sposób jednoznacznie określić roli, jaką odgrywał do momentu swojej śmierci w 2006 roku. Był on organizatorem wielu brutalnych i tragicznych w swoich skutkach zamachów (między innymi we wspomnianym już Biesłanie czy na moskiewskiej Dubrowce), a w części z nich nawet osobiście uczestniczył (Budionnowsk). Pomimo że władze rosyjskie uznały go winnym wielu zbrodni i wydały nieoficjalny rozkaz jego likwidacji, to nierzadko okazywało się, iż albo cudem wydostawał się ze skrzętnie zastawianych zasadzek i pułapek, albo po prostu oddalał się z miejsca zbrodni w asyście żołnierzy czy służb specjalnych. Te i inne zdarzenia z jego życia zrodziły pytanie, czy w pewnym okresie Basajew po prostu nie był Kremlowi potrzebny, a gdy wyczerpały się możliwości wykorzystania go, został brutalnie wyeliminowany (Basajew służył w Głównym Zarządzie Wywiadowczym GRU i prawdopodobnie nigdy nie zerwał kontaktów z rosyjskim wywiadem wojskowym).

            W zdecydowanej większości przypadków członkami grup terrorystycznych okazywały się osoby pochodzące z Kaukazu, wyznające islam, silnie powiązane z historią i tradycją regionu, w którym żyły. Ale to tylko wykonawcy.

            W samej Rosji nie brak teorii, że część zamachów na terenie Federacji była w jakiś sposób kontrolowana przez władze. Co odważniejsi wskazują bardziej szczegółowo miejsce – Kreml; niektórzy nie boją się nawet wypowiadać w tym kontekście nazwiska Władimir Putin. Dzisiaj niemalże ze stuprocentową pewnością wiemy, iż moskiewskie zamachy na bloki mieszkalne w 1999 roku inspirowała (a może nawet zorganizowała) Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB). Jak było w innych przypadkach?

            Część zdarzeń, które zakwalifikowano jako zamachy terrorystyczne, to po prostu bandyckie porachunki, kryjące się za maską polityczno-religijną. Dochodziło także do tego, że różnego rodzaju grupy, organizacje lub klany celowo podżegały do zamachów, aby tym samym wyeliminować konkurencję, a najczęściej pozbyć się kogoś, kto uszczuplał ich nielegalne dochody (tak było na przykład w Małgobeku). Podobnego scenariusza nie ustrzegli się także sami stróże prawa, którzy szczególnie w republikach kaukaskich właśnie w ten sposób wpływali na uległość wobec władzy lokalnych watażków.

            Należy podkreślić, że zamachy w Rosji odkryły drugą, tę bardziej mroczną stronę natury ludzkiej. Najpierw, począwszy od samobójczego zamachu w Ałchan-Jurcie (2000 rok), z zimną krwią zaczęły zabijać kobiety (czarne wdowy, samobójczynie, tierroristki-smiertnicy), które w ten sposób mściły się za śmierć swoich synów, mężów, ojców i braci – stanowiło to w tej części świata (i nie tylko) znaczne novum. Wkrótce potem (Biesłan 2004) terroryści wzięli jako zakładników dzieci, które potraktowali tak samo brutalnie jak dorosłych – nigdy wcześniej w zamachu terrorystycznym dzieci nie były bezpośrednim celem. Ten niegodziwy czyn Basajewa i jego kompanów udowodnił, że byli oni zwykłymi bandytami i mordercami, którzy, aby realizować swój polityczny cel, posunęli się do aż tak obrzydliwej zbrodni.

            Zamachy przeprowadzano również w czasach głębokiego komunizmu. To więc, z czym mieliśmy do czynienia niemal od samego początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, nie było czymś zupełnie nowym. Oczywiście skala działalności terrorystycznej i jej rezultatów jest niewspółmierna do okresu, w którym Rosją, a właściwie Związkiem Radzieckim, rządzili jeszcze komunistyczni sekretarze. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż władza radziecka starała się za wszelką cenę ukrywać przed opinią publiczną tego typu zdarzenia, nie da się wykluczyć, że do zamachów dochodziło w miarę regularnie. Ataki na terenie Federacji Rosyjskiej znacząco ustały tuż przed zimową olimpiadą w Soczi w lutym 2014 roku. Czego to dowodzi? Wśród najciekawszych teorii dominują dwie: zamachy albo były (jak już wspomniałem) w niemałym stopniu inspirowane przez najwyższe rosyjskie czynniki (oczywiście w celach ściśle politycznych) i ludzie bliscy Kremlowi zrealizowali swój plan (na przykład zaraz po igrzyskach olimpijskich rosyjskie wojska najechały Krym), albo Putin rzeczywiście wyeliminował lub znacznie ograniczył terroryzm motywowany religijnie. Myślę, że każdy, kto sięgnie po tę książkę, dojdzie do własnych wniosków i będzie w stanie postawić swoją tezę.

6 Shares:
Może zainteresować Cię także