Andrzej Stasiuk, prozaik i eseista, wraca po długiej przerwie z nową książką. Przewóz wydany nakładem wydawnictwa Czarne trafi do księgarń 28 kwietnia, a my już dziś publikujemy fragment.

Wielbiciele twórczości Andrzeja Stasiuka czekali na jego nową książkę z niecierpliwością. Autor Murów Hebronu, Opowieści galicyjskich i nagrodzonej Nike Jadąc do Babadag powraca z opowieścią o wojnie i pożądaniu.

Rok 1941, koniec wojny nie nadchodzi. Po dwóch stronach rzeki wrogie wojska, a na jej środku przewoźnik, który z jednego brzegu na drugi przewiezie każdego, kto tylko może za to zapłacić. Kto i dlaczego będzie chciał przedostać się na przeciwległą stronę? W Przewozie Andrzej Stasiuk z charakterystyczną wnikliwością i uważnością opowiada o okrucieństwie i życiu w cieniu wojny.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne prezentujemy fragment nowej książki Andrzeja Stasiuka Przewóz:

Poczuł, że traci grunt. Pochylił się niżej, ale wiosło ledwo dotknęło dna i nurt wykręcił mu je w dłoni. Wyprostował się i pozwolił, by prąd poniósł go w dół rzeki, aż do chwili, gdy łódź zaczęła się obracać wciągnięta wirem. Wtedy zanurzył pióro, wsparł rękojeść o burtę i wrócił w gładki nurt. Było ciemno i cicho. Czasami plusnęła ryba i wyobrażał sobie, że widzi jej srebrzysty błysk. A może naprawdę widział, bo mimo ciemności jego pamięć przechowywała dokładny obraz okolicy. Mógł policzyć wysokie topole na lewym brzegu. Mógł wymienić nazwiska gospodarzy. Wiedział, gdzie zwarta zabudowa się kończy i zostają tylko trzy samotne domy oddalone od siebie prawie o kilometr. Wiedział, gdzie rzeka, głęboka na kilka metrów pod wysokim brzegiem, raptem płycieje i wchodzi w ląd porośniętymi trzciną zatoczkami. Rozpoznawał zapachy lewego i prawego brzegu. Lewy pachniał mułem i wikliną. Prawy był płaski, piaszczysty i bezdrzewny. Tam były pastwiska i ciągnęło od niego bydlęcą wonią, wyschniętym nawozem i piołunem. Latem w najciemniejszą noc wąchał powietrze i trzymał się środka rzeki. Tak jak teraz.

Ostrożnie przeniósł wiosło z jednej burty na drugą. Dźwięk namokłego drewna był głuchy i miękki. Usłyszał w oddali suchy trzask i niebo rozświetliło się zielonkawym blaskiem. Na dnie łodzi poruszył się ciemny kształt.

– Leż – powiedział cicho.

Rakieta stała na czarnym niebie prawie bez ruchu i przypominała ponurą gwiazdę. Odruchowo naparł mocniej na wiosło, chociaż wiedział, że wystrzelili ją kilka kilometrów w górę biegu, a on sam wciąż płynie w całkowitej ciemności. Kształt znów się poruszył i łodzią lekko zakołysało.

– Strzelają.

– Leż. Świecą tylko.

– Zobaczą.

– Nie. Za daleko. Leż.

Człowiek na dnie łodzi podniósł się na czworaki. Przewoźnik wyjął wiosło z wody i pchnął go okutym końcem. Tamten zajęczał i rozpłaszczył się między burtami.

– Mówiłem.

Rakieta wypaliła się i zgasła.

W końcu łódź zaszorowała dnem o piach. Wepchnął ją głębiej na mieliznę. Brzeg był niewysoki, ale urwisty.

– Wyłaź – powiedział.

Tamten niezgrabnie wydostał się z łodzi. Śmierdział brudem i głodem. Potknął się i z trudem wstał, wlekąc za sobą przemokniętą kapotę.

– Wyleziesz na brzeg i pójdziesz w dół rzeki. Za jakiś czas dojdziesz do krzaków. Idź wzdłuż, byle dalej od wody. Nie wchodź w zarośla, tam bagna.

– Ktoś miał czekać.

– Miał, ale nie przyszedł.

Zepchnął delikatnie łódź z płycizny. Poruszył wiosłem parę razy, by woda zmyła ślad na piasku. Puścił się znów z prądem, ale teraz wiosłował z całej siły, by jak najprędzej przeciąć nurt i znaleźć się przy drugim brzegu. Tam było płytko. Poczuł grunt pod wiosłem, zapach mułu i krowiego nawozu. Tutaj wieś spędzała bydło z łąk do wodopoju. Po chwili usłyszał, jak dziób łodzi ociera się o trzciny. Sunął wzdłuż nich w górę biegu. Pióro zagłębiało się w bagienne dno. W końcu dotarł do wąskiej odnogi i skierował w nią łódź. Biegła równolegle do koryta oddzielona pasem stałego lądu porośniętego wierzbami. Miała szerokość dwóch łodzi, nie więcej, i kończyła się ślepo w trzcinach i wiklinie. Odkrył ją zeszłego roku, gdy z kłonią brodził wzdłuż brzegu. Teraz dobił do końca odnogi i ostrożnie wysiadł na wąski skrawek ziemi wolnej od zarośli. Przywiązał łódkę łańcuchem i wszedł do wody. Sięgała mu poniżej pasa. Odczepił zawinięty wokół wikliny sznurek i wydobył spod wody siatkę z rybami. Poruszały się niemrawo. Któraś błysnęła srebrnym brzuchem. Zaczynało świtać. Spomiędzy zarośli wyciągnął wiklinową wędkę. Brodząc z wysiłkiem, wrócił w nurt rzeki, a potem, ciągle wodą, doszedł do miejsca, gdzie schodziło bydło, i dopiero tam wyszedł na suchy brzeg.

Wieś jeszcze spała. Jeszcze nie rozpalili w piecach. Psy też spały. Szedł pod górę piaszczystą drogą. Mokre ubranie przywarło do ciała i było mu zimno. Trochę przyspieszył. Minął obojętnie kapliczkę na skrzyżowaniu dróg. W lewo było do kościoła. Poszedł prosto. Chaty stały ciasno, jedna przy drugiej. Pomyślał, że jest cicho jak w niedzielę, ale była dopiero sobota. Usłyszał, jak gdzieś łańcuch zadzwonił o żłób. Piach oblepił mu buty. Zdjął je, związał i przewiesił przez ramię. Pod spodem piach był ciepły. Za ostatnimi domami skręcił w prawo i minął wiatrak. Patrzył na piaszczysty gościniec, który opadał lekko wśród pól, potem nieco się wznosił, by zniknąć za odległym wzniesieniem. W kępach wysokich topól kryły się trzy gospodarstwa. Rozrzucone, oddalone od siebie o kilometr, o kilkaset metrów, były niemal niewidoczne w porannym półmroku. Drewniane, kryte strzechą zabudowania. „Jakby nikogo nie było” – pomyślał. W obniżeniu, gdzie opadał gościniec, ciągnął się pas podmokłych łąk. Teraz wydawały się prawie czarne. Uszedł kilkaset kroków i skręcił w boczną drogę. Była błotnista i rozjeżdżona. Zboże po obu stronach leżało wygniecione i zmieszane z czarną ziemią. Wszedł w cień wysokich topól.

Usłyszał „Halt!” i zatrzymał się po paru krokach. Żołnierz stał pod rozłożystą jabłonią z empi przewieszonym przez ramię, lufą do przodu, ale nawet nie dotykał spustu. Skinął lekko głową i cofnął się o krok, by z powrotem oprzeć się o drzewo. Ruszył wzdłuż płotu i doszedł do bramy, gdzie stał drugi wartownik.

– Gut Morgen – mruknął i pchnął furtkę.

– Morgen – odpowiedział żołnierz. – Czo było?

– Fisze. – Uniósł siatkę z rybami.

Żołnierz podszedł i przyjrzał się rybom. Z głębi podwórza nadszedł inny, a potem jeszcze jeden. Rozmawiali ożywieni, ale nic nie rozumiał. Słyszał powtarzające się „Hecht” i „Barsch”, więc pomyślał, że spierają się o gatunek. Obracali siatkę z czterema rybami. Macali przez oczka, nie zważając na zimny śluz.

– Okoń i płoć – powiedział. – Dam dwie największe za dwie paczki cigareten. Cwaj za cwaj.

Znów zaczęli rozmawiać. Ten pierwszy, z karabinem, coś im tłumaczył.

– Dobsze – powiedział w końcu.

Siedział oparty plecami o drzwi stodoły i grzał się w słońcu. Patrzył na żołnierzy. Snuli się w porozpinanych mundurach. Przysiadali z menażkami przy drewnianym stole. Obok studni dymiła kuchnia polowa. Czuć było zapach rozgrzanego tłuszczu, cebuli i tytoniu. Po przeciwnej stronie podwórza rozsiadł się drewniany dom na podmurówce kryty strzechą. Do wejścia wiodły trzy kamienne schodki. W ich stronę szedł kucharz w białym kitlu i niósł tacę, a na niej dzbanek, przykryty garnek i talerze. Ściana stodoły była ciepła. Palił papierosa i patrzył na to wszystko. Na biały kitel, na wyszorowane kotły przy studni, na spokojną senność obozowiska. W sadzie za domem stały działa z długimi opuszczonymi lufami. Pomiędzy drzewami rozpięli siatki maskujące. Niektóre drzewa miały odartą korę. Tak samo zamaskowali ciągniki. Wlekli to setki albo tysiące kilometrów, żeby ustawić wśród jeszcze niedawno kwitnących jabłoni, i teraz spokojnie odpoczywali. Mieli tyle siły, a teraz będą smażyć jego ryby kupione za bardzo porządną cenę. Mieli papierosy i beczki z benzyną i co jakiś czas kazali dziewuchom ze wsi prać im gacie i podkoszulki. Od wiosny mieszkał w stodole i patrzył, jak każdego ranka kucharz w białym kitlu niesie do jego domu dzbanek z kawą. Pod starą gruszą zbudował palenisko z cegieł. Blaszaną rurę wypuścił przez koronę drzewa. Pomiędzy gałęziami rozpostarł płachtę. Zupełnie jak tamci siatki nad swoimi działami. Można było gotować nawet w deszcz. Teraz nad blachą krzątała się kobieta. Boso, w fartuchu, z ciemnymi włosami wymykającymi się spod czerwonej przybrudzonej chustki. Czuł zapach smażonej ryby. Podniósł się i poszedł w stronę obory. Wrota były otwarte, przegrodzone drągiem. Wszedł w ciemne, gorące powietrze. Krowa wolno wstała na jego widok. Odpiął luźny uwiąz i ruszyła do wyjścia. Bez poganiania poszła ścieżką skrajem sadu, w stronę ciemnego pasa łąk. Poszedł za nią. Trawa była mokra i zimna. Podwinął nogawki spodni. Krowa opuściła łeb i zaczęła się paść. Rudy grzbiet w słońcu lśnił jak rozgrzane żelazo. W trawie srebrzył się porzucony łańcuch. Od kiedy stało wojsko, przestał obawiać się złodziei i nie zabierał go na noc. Zapiął go wokół rogów. Poczuł ciepło krowiego karku i bezwiednie przesunął po nim dłonią. Wyciągnął stalowy pal i wbił kawałek dalej za pomocą kamienia. Na samym dnie trawiastego zapadliska tkwiła drewniana cembrowina nad płytką studnią z mulistą wodą. Był pewien, że kobieta napoiła krowę o świcie, ale sprawdził, czy pogięte wiadro jest na swoim miejscu. Było. Tak jak łańcuch.

Poszedł w górę zapadliska. Stanął na grzbiecie łagodnego wzniesienia, którym biegła graniczna miedza. Na wydeptanej ścieżce mógł osuszyć przemarznięte stopy. Widział teraz zagrodę na przeciwległym wzniesieniu, topole, sad, ale artyleria i ciągniki pozostały niewidoczne. W oddali smużył się drugi brzeg. Niski, szarozielony, płaski jak step ciągnął się po horyzont. Tu i tam, bliżej rzeki, porastała go wierzbina. Znał te wszystkie bagienne zastoiska, które wiosną rozlewały się tak, że rzeka wydawała się dwa razy szersza. Teraz stała tam zbutwiała zielonkawa woda. Była tak gęsta i nieruchoma, że nie odbijała słońca. Nagórna w dole biegu wyglądała jak kilka szarych poziomych kresek. Nie mieli tam nawet kościoła. Nie chciało im się chodzić siedem kilometrów dalej, więc w niedzielne poranki stawali na brzegu i pokrzykiwali. Woda niosła głosy. Schodził ze skarpy, odwiązywał łódź i płynął po nich. Gdy woda była wysoka, mógł dotrzeć niemal do pierwszych zabudowań. Nie mieli kościoła, nie mieli prawie nic prócz parunastu chałup, podmokłych pastwisk i piaszczystego wzgórka za wsią, gdzie sadzili kartofle i siali owies, by potem wypatrywać gradu, deszczu albo suszy. Gramolili się do łodzi z butami w rękach. Kobiety podkasywały spódnice. W chustkach, w kapotach przesiąkniętych wonią naftaliny. Ogoleni, obmyci, dawali mu po parę groszy, po papierku, po jajku. Jajka odkładał do koszyka wymoszczonego sianem.

– Byście się złożyli i sobie wybudowali – powiedział kiedyś.

– Chuja tam – odpowiedział któryś. – Nie ma z czego i dla kogo.

Rzeczywiście nie było. Na pięć razy przewiózłby całą wieś, pomyślał wtedy.

– Dobrze ci gadać, jak wam cerkiew została – powiedziała któraś baba.

Ale teraz mógł tylko patrzeć na oddalony o dwa kilometry brzeg. Przyszło mu do głowy, że powinien mieć lornetkę. Na drodze biegnącej tuż poniżej horyzontu czasem podnosiły się obłoki kurzu. Nie zbliżając się do rzeki, mógłby wypatrzyć pojedynczych żołnierzy. Chodzili wzdłuż brzegu i szukali śladów na piaszczystych łachach albo w błocie. Pomyślał, że złowi kiedyś metrowego suma, zamieni go na lornetkę, i zaczął się cicho śmiać.

Premiera książki Przewóz już 28 kwietnia 2021.

Andrzej Stasiuk urodził się w 1960 roku w Warszawie. Mieszka w Beskidzie Niskim. Prozaik i eseista. Autor Murów Hebronu, Dukli, Opowieści galicyjskich, Dziewięciu, Jadąc do Babadag, Taksimu, Dziennika pisanego później, Grochowa, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wschodu, Osiołkiem i kilku innych książek. Ostatnio opublikował Kroniki beskidzkie i światowe (Wołowiec 2018). Laureat paru nagród, m.in. Nagrody im. Samuela Bogumiła Lindego 2002, Nagrody im. Adalberta Stiftera 2005, Nagrody Literackiej Nike 2005, Międzynarodowej Nagrody Literackiej Vilenica 2008, Nagrody Literackiej Gdynia 2010, Nagrody Nowa Kultura Nowej Europy im. Stanisława Vincenza 2011, Dorocznej Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego 2011 w dziedzinie literatury, Nagrody Literackiej m. st. Warszawy 2015, Austriackiej Nagrody Państwowej w dziedzinie literatury europejskiej 2016 oraz Nagrody im. Nicolasa Bouviera 2018. Jego książki są tłumaczone na niemal wszystkie języki europejskie, a także na koreański.

Źródło: wydawnictwo Czarne

13 Shares:
Może zainteresować Cię także